W tą podróż udaliśmy się w trójkę: Sylwia, Ilona i Ja. Rozpoczynając swoją trasę z domu musiałem udać się na os. Sobieskiego w Poznaniu skąd wyruszyliśmy wszyscy razem w kierunku Obornik.
Na rozgrzewkę pokonałem więc 15 km.
Podstawowym hasłem każdej wyprawy powinno być bezpieczeństwo jej uczestników, dlatego też trasa którą jechaliśmy przebiegała głównie przez boczne miejscowości i drogi.
Ruch samochodów na tych trasach był na prawdę bardzo mały dzięki czemu w niektórych chwilach mogliśmy pozwolić sobie na dużą swobodę, co przedstawiają także zdjęcia.
Chcąc krótko opisać to co czułem po tej wyprawie mogę ująć to tylko w słowa: "poczułem się wolny".
Od tej chwili wiedziałem co chcę robić dalej, w ciągu dwóch dni wypocząłem bardziej niż w ciągu 2 miesięcy wakacji. Co z tego, że przejechałem niezły kawałek drogi, byłem wolny.
W moich myślach krążyła ciągle myśl jak bardzo my Polacy nie doceniamy własnego kraju. Podróżujemy za granicę chcąc podziwiać piękne widoki, ale my mamy te widoki w Polsce w naszej Ojczyźnie.
W kierunku Bąblinka
Jadąc w kierunku naszego celu po drodze odwiedziliśmy kilka kościołów. Chcieliśmy także odwiedzić wieże widokową. Niestety troszeczkę pobłądziliśmy, ponieważ mapa powiatu pokazywała całkiem inną drogę i wieża tego dnia była już zamknięta.
Do miejsca naszego noclegu zajechaliśmy około godziny dziewiętnastej. Był to już październik także o tej godzinie było dość ciemno.
Wiem jak wielkie zagrożenie w ruchu drogowym mogłem spowodować, ale chciałbym opisać wam tu pewne doświadczenie. Jadąc w tych kompletnych ciemnościach (miałem oświetlenie na rowerze), przez długi czas żaden samochód nie jechał drogą a więc postanowiłem spróbować tego o czym wielu młodych rowerzystów marzy.
Rozpędziłem się i jadąc środkiem ulicy rozłożyłem ręce niczym na Tytaniku. To właśnie wtedy uczucie wolności przerosło wszelką skalę.
Wiem jak wielkie zagrożenie w ruchu drogowym mogłem spowodować, ale chciałbym opisać wam tu pewne doświadczenie. Jadąc w tych kompletnych ciemnościach (miałem oświetlenie na rowerze), przez długi czas żaden samochód nie jechał drogą a więc postanowiłem spróbować tego o czym wielu młodych rowerzystów marzy.
Rozpędziłem się i jadąc środkiem ulicy rozłożyłem ręce niczym na Tytaniku. To właśnie wtedy uczucie wolności przerosło wszelką skalę.
Nocleg
Nocleg mieliśmy w uroczej drewnianej chatce, której właścicielem był starszy Pan. Jak to stwierdził podczas wieczornej rozmowy przy herbacie "docenia ludzi z pasją".
Myślę, że mogę zdradzić to co powiedział: "Całe życie budowałem z Żoną jacht na Mazurach, jednak nigdy tej budowy nie ukończyłem".
Dążył do swego celu i potrafił nas o tym przekonać. Był bardzo pozytywnie nastawiony do życia, być może i żeglarstwo trochę wpłynęło na jego nastawienie.
Nigdy bym jednak nie pomyślał, że tak daleko w tak małej miejscowości poznamy tak pozytywnego człowieka.
Myślę, że mogę zdradzić to co powiedział: "Całe życie budowałem z Żoną jacht na Mazurach, jednak nigdy tej budowy nie ukończyłem".
Dążył do swego celu i potrafił nas o tym przekonać. Był bardzo pozytywnie nastawiony do życia, być może i żeglarstwo trochę wpłynęło na jego nastawienie.
Nigdy bym jednak nie pomyślał, że tak daleko w tak małej miejscowości poznamy tak pozytywnego człowieka.
Po tak udanej wyprawie rowerowej wszyscy zasnęliśmy twardym i zdrowym snem.
Droga powrotna
Droga powrotna przebiegała przez Murowaną Goślinę. Jadąc Wilczym Szlakiem chyba troszeczkę z niego zboczyliśmy aczkolwiek do dziś nie mamy pewności.
Moim zdaniem szlak rowerowy nie powinien polegać na przenoszeniu roweru przez rzekę, ale i to nie zniszczyło naszych humorów bo zakręciło nas jeszcze bardziej pozytywnie.
Smutnym aspektem drogi powrotnej było to, że przed Murowaną Gośliną Sylwia "złapała gumę" w rowerze. Człowiek uczy się na błędach i mam nadzieję, że na następny raz zabierzemy ze sobą jeszcze zestaw naprawczy (dętki do własnego roweru wziąłem tylko ja).
Pozostawiając dziewczyny na stacji PKP w Murowanej Goślinie sam wyruszyłem w dalszą drogę by honorowo dotrzeć do Poznania i zakończyć naszą dwudniową wyprawę.
Moim zdaniem szlak rowerowy nie powinien polegać na przenoszeniu roweru przez rzekę, ale i to nie zniszczyło naszych humorów bo zakręciło nas jeszcze bardziej pozytywnie.
Smutnym aspektem drogi powrotnej było to, że przed Murowaną Gośliną Sylwia "złapała gumę" w rowerze. Człowiek uczy się na błędach i mam nadzieję, że na następny raz zabierzemy ze sobą jeszcze zestaw naprawczy (dętki do własnego roweru wziąłem tylko ja).
Pozostawiając dziewczyny na stacji PKP w Murowanej Goślinie sam wyruszyłem w dalszą drogę by honorowo dotrzeć do Poznania i zakończyć naszą dwudniową wyprawę.
Podsumowanie i zdjęcia
Jak na pierwszą wyprawę byłem pozytywnie zaskoczony. Przejechałem łącznie 155 km i w ciągu tego jednego weekendu zdobyłem energię na kilka następnych tygodni ciężkiej pracy w szkole.
Od tego momentu rower stał się moim sposobem na wypoczynek i relaks i obiecuję, że w 2013 wypraw rowerowych będzie więcej.
Od tego momentu rower stał się moim sposobem na wypoczynek i relaks i obiecuję, że w 2013 wypraw rowerowych będzie więcej.
Poniżej przedstawiam zdjęcia z wyprawy, które mam nadzieje wystarczająco prezentują moje zadowolenie. Kliknij w poniższe zdjęcia aby zobaczyć je w większym formacie

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze mile widziane...